Seo tools

www.szukamywas.pl - Forum dyskusyjne: Jerzy O. (Data zaginięcia: 2003/05/30)
Kwiecień 12 2021 22:03:11
Nawigacja
· Start
· Forum
· Regulamin
· Plakaty do pobrania
· Pinterest
· Kanał Youtube
Aktualnie online
· Gości online: 2

· Użytkowników online: 0

· Łącznie użytkowników: 138
· Najnowszy użytkownik: aga__0145
Zobacz temat
 Drukuj temat
Jerzy O. (Data zaginięcia: 2003/05/30)
elin
Data zaginięcia: 2003/05/30
Ostatnie miejsce pobytu: Kisielice

Jerzy O.
Wiek w dniu zaginięcia: 45 lat
Znaki szczególne: skrzywiony nos]url

http://997.tvp.pl...ym1035.htm

Cela nr 1 Aresztu Śledczego w Elblągu. Tu od ponad ośmiu lat przebywa Jan Rutecki, oskarżony o podwójne morderstwo ze szczególnym okrucieństwem oraz kierowanie grupą zbrojną i wiele innych przestępstw. Jego cela składa się z dwóch pomieszczeń. W pierwszym mieszkają współwięźniowie Ruteckiego. Są przeszkoleni aby mu pomagać. Drugie pomieszczenie jest wydzielone tylko dla niego. Jan Rutecki leży na łóżku, jest sparaliżowany i schorowany. Jego stan zdrowia zdaniem funkcjonariuszy więziennictwa ciągle się pogarsza. Kiedy go odwiedzamy, jest sam. Jego cela odmalowana na żółto, jest zadbana jak na tego typu miejsca. Na stoliku stoi nocna lampka, obok znajduje się mały telewizor, a na półce poustawiane święte obrazki. Rutecki szykuje się do wywiadu, przegląda dokumenty. Wreszcie zadaję mu kluczowe pytanie.
- Czy Stanisław Biej i Jerzy O. zostali zamordowani na pana zlecenie?
Jan Rutecki: – To jest jakaś kpina. Nikogo nie zamordowałem i nic nie zlecałem.
-To gdzie oni są według pana?
JR - Jest cały czas mowa o tym, że oni mieli być w Hiszpanii. Zeznają na ten temat świadkowie, którzy tam mieszkają i inne osoby z kilku krajów. Uważam, że od początku nie przesłuchano istotnych w odnalezieniu Beja i O. świadków. Przez osiem lat media nas torpedowały, że oni zostali zmieleni, że byli torturowani. Sam prokurator prowadzący sprawę mówił w programie telewizyjnym, że mieli wiercone kolana, czy oczy. Gdyby chociaż kropla krwi spadła tym mężczyznom, to dzisiejsza technika spokojnie pozwoliłaby na ujawnienie tych faktów. W sądzie pytałem panią oficer CBŚ czy badała otwartą wojnę pomiędzy Pawłem J. a Robertem Ch. Odpowiedziała, że nie było takiej potrzeby. Obaj przebywają w więzieniu i mają wiedzę, jak było naprawdę. Wie o tym doskonale pani Biej. Wreszcie pytałem czy przesłuchano Zbigniewa S. Był to taki świadek, który siedem dni po zaginięciu Bieja i O. zgłosił się na policję do Iławy, bo widział ich na zdjęciu z ogłoszenia w prasie. Opowiedział, że te osoby były w dyskotece w Ząbrowie. Opowiadał, że próbowali pozbyć się samochodu …Warto dodać, że ten odnaleziony w Wiśle nie należał do nich. To sąd już ustalił.
- To co się stało i kto za tym stoi?
JR- Biej i O. powiedzieli, że zginą i będą mieli solidne alibi. Widocznie w jakimś czasie coś się wymknęło spod kontroli. Miedzy nimi musiał być jakiś układ, że oni stworzą sobie alibi i przyjadą do mnie. Oskarżą mnie i w ciągu pół roku wykończą w wiezieniu. Trzeba pamiętać, że policja szczecińska prowadziła długi czas przeciwko nim sprawę, a oni zaczęli się ukrywać. Ciążył na nich europejski nakaz aresztowania i były podejrzenia, że chcą uciec za granicę.
- Jakie prowadził pan interesy z Stanisławem Biejem i Jerzym O. ?
JR- To byli moi znajomi, którzy przyjechali do mnie kupić samochód .Wcześniej wiedziałem, że oni trudnią się przemytem papierosów. Nie przyjechali po dług. Wcześniej mieli już podział majątkowy z żonami i żyli z nimi w separacji. Byli ze sobą bardzo skłóceni. Uważam, że to wszystko było kontrolowane i, że detektyw Krzysztof Rutkowski pomagał im wyrobić alibi. Na patencie fałszywych dowodów śledczy udali się do Szwecji i przesłuchali faceta, który dostał tam 10 lat za przemyt narkotyków. Obiecali mu status świadka koronnego, jak złoży przeciwko nam zeznania. Były im potrzebne do tego, aby nas aresztować. W tej sprawie jest mnóstwo nieprzesłuchanych świadków.
- Czemu więc sąd ich nie słucha?
JR – Dzieje się tak, bo ta sprawa jest prowadzona na bazie akt innych spraw. Od początku nasze akta wędrowały z rąk do rąk instytucji takich jak CBŚ. Nie ma żadnych postanowień o przesyłaniu tych dokumentów. W aktach nie było zeznań Zbigniewa S. Mało tego w tej samej sprawie zeznania złożył wiosną 2004r. Robert W., który trzy czy dwa miesiące po ich zaginięciu spotkał się z nimi. Dzierżawił od nich auto. Ten facet nigdy nie został przesłuchany. Składał zeznania w ramach pomocy prawnej prawdopodobnie do sprawy w Szczecinie, którą prowadzono przeciwko Biejowi i O. o przemyt papierosów. W sądzie są też zeznania policjanta, który przesłuchiwał Roberta W. Mówił, że świadka kojarzy jako wiarygodnego.
- Prokuratura uważa, że jest pan szefem grupy zbrojnej?
RJ - Ta grupa zbrojna powstała w dziwny sposób. Naszemu pracownikowi uchylono areszt. Po wyjściu z niego, założył grupę, która przemycała papierosy. Znaleźli przy nim wiele dowodów innych przestępstw. Dwadzieścia trzy razy składał zeznania. Był u nas mechanikiem. W tym czasie spał w naszej posiadłości. Moja żona miała mnóstwo spraw do załatwienia. Do tego utrzymywała gospodarstwo. Zażądała, aby ten człowiek oddał pilota od bramy wjazdowej i klucze od pomieszczeń. Ten człowiek tego nie zrobił. Jak Eli nie było, to przyjeżdżał z kolegami do naszego domu i wiele godzin się szwendali. Było tak wiele razy, zeznaje to również gospodyni, pracująca w naszej firmie. W schowku potem znaleźli przerobiony pistolet gazowy 9 milimetrów, ale naboje już były 6 mm. W filmie pokazano, jak niszczą materiały wybuchowe na poligonie (7kg trotylu i plastiku). Więc siła wybuchu tego materiału była mniejsza od petardy. Biegli orzekali, że te materiały mogły wysadzić pół Kisielic. Mam dowody na to, że te materiały i broń podłożył nam nasz były mechanik. Potem usłyszałem zarzut kierownictwa grupą zbrojną.
- Jak wyglądało pana życie przed aresztowaniem?
JR – Byłem radnym miejskim w Kisielicach. Na tamte czasy mieliśmy sporo pieniędzy, prowadziliśmy firmę. Mimo tego pomagaliśmy często biednym. Remontowaliśmy nawet kościół. Zastanawialiśmy się nad niewielka rafinerią biopaliw. Rozmowy prowadzone były z burmistrzem Kisielic. Załatwiona była koncesja, biznes plan. Przyjeżdżał do nas doradca rządowy. Potem usłyszałem, że samorząd powiatowy nie ma na to pieniędzy. Sprzedawaliśmy wcześniej maszyny rolnicze, prowadziliśmy gospodarstwo. Ciągle pomagałem mieszkańcom, drewno dawałem, pieniądze dla dzieci. Wbrew tym obelgom nikogo nigdy nie skrzywdziłem.
- Ma pan teraz gdzie wracać?
JR- Nasz dom Kwidzynie był pod zabezpieczeniem sądowym. Komornik sprzedał ten dom moim zdaniem bezprawnie. To samo dotyczy posiadłości w Kisielicach. Dziwię się, bo póki co nie zostałem skazany. Nie mam na wypiskę z więzienia i na dodatek sporo długów. Nie rozumiem tych decyzji.
- A co z żoną, jak ona to znosi?
JR -Jest Bogu ducha winna w tej sprawie. Prokuratura wplątała ją w to wszystko. Łza się w oku kręci. Z uczciwej kobiety zrobili przestępcę. Nieprzypadkowo zginęło sześciu świadków. Ja jestem siódmy na liście tych osób, które tak naprawdę stoją za tym śledztwem. Taki będzie mój koniec.
Rozmawiał: Dominik Jaskulski
Edytowane przez marta wawa dnia 06-04-2015 00:35
 
Betix
Początkowo chodziło o zaginięcie dwóch osób, podejrzewano, że osoby te nie żyją. Jedna z nich nie jest już poszukiwana. Ówczesny apel córki jednej z osób:

Pomóżcie nam odnaleźć Ojców!!! Może ktoś wie o miejscu ukrycia zwłok, lub słyszał coś na ten temat. Nie możemy pozwolić, by nasi ojcowie leżeli w niepoświęconej ziemi.
Wiem, że już nigdy się do niego nie przytulę i nie zawołam "Tatusiu". Jedyne, co mogę zrobić, to po odszukaniu zwłok przytulić się do trumny i powiedzieć: "żegnaj Tatusiu. Spoczywaj w Spokoju".

Odebrano nam Ojców, a z serc wydarto życie. Tragedię przeżywają również moja mama i brat Marcin, dzieci pana Stanisława B. oraz ich mama. Czują to co ja i także wołają "Błagamy, pomóżcie".

Pomóżcie!!!

http://www.powiat...p;Itemid=1
Edytowane przez marta wawa dnia 26-03-2013 12:13
 
nick60
Aktualny link do itaki: http://www.zagini...by/?o=1997
2 link z 1 postu do usunięcia.
Edytowane przez nick60 dnia 26-01-2015 12:46
 
kaktus
13 ulica, 1 odcinek Kobiety i mafia (autorka Ewa Ornacka)(środa g.22.00)

Historia Lucyny – projektantki sukien ślubnych, która w poszukiwaniu zaginionego męża stanęła twarzą w twarz z groźną organizacją przestępczą, wspieraną przez skorumpowaną policję. To opowieść o kobiecie, która nigdy nie uwierzyła, że mężczyzna jej życia porzucił ją dla młodszej, co usiłowano jej wmówić podczas dochodzenia. Rozpoczęła własne śledztwo, narażając się na śmiertelne niebezpieczeństwo. Niewiarygodny wręcz splot okoliczności przybliżył Lucynę do prawdy. Rozwieszając po Polsce plakaty ze zdjęciem zaginionego męża, na stacji benzynowej w Malborku natknęła się na samochód z charakterystycznymi felgami pochodzącymi z audi, którym jej mąż podróżował ze swoim wspólnikiem w nielegalnych interesach. Audi zostało spalone i zatopione w Wiśle, a mężczyźni zamordowani. Ich ciał dotąd nie odnaleziono. Lucyna odkryła, kto za tym stoi. W walce z tzw. polską mafią okazała się skuteczniejsze niż policja: zdemaskowała bezkarnego przez lata capo di tutti capi, oskarżyła go o podwójne zabójstwo i posłała na dożywocie.

http://www.13ulic...tle=lucyna

nie wiem, może idzie gdzieś obejrzeć to on-line, ale ja nie umiem tego znaleźć.




„Nigdy nie dopuszczaj kobiety do swoich machinacji. Nigdy niczego nie mów jej na temat Cosa Nostry. To nie brak szacunku wobec matki twoich dzieci, ale najwyższa o nią troska” – w ten sposób skruszony przestępca Tomasso Buscetta tłumaczył – podczas głośnego, mafijnego procesu w Palermo w 1993 roku – żelazną zasadę sycylijskiej Cosa Nostry.

W podobny sposób podchodził do życia zamieszany w przemyt Stanisław Biej ze Szczecina, zakochany w swojej żonie Lucynie. Stanowili parę już w podstawówce. O zgodę na ślub musieli prosić sąd – Lucyna zaszła w ciążę, zanim oboje stali się pełnoletni. Byli szczęśliwi przez ponad 20 lat. Kiedy Staszek zarabiał na papierosach bez akcyzy, ona wychowywała dwóch synów, nadzorowała budowę domu, prowadziła butik, założyła salon sukien ślubnych. Domyślała się, czym zajmuje się mąż, ale gdy prosiła o wyjaśnienia, zawsze kończyło się to cichymi dniami. „Staszek konsekwentnie ucinał rozmowy na ten temat. »Zajmij się domem, a o moje interesy nie pytaj«” – wspomina Lucyna. „Martwiłam się o niego. Myślałam, że najgorsze, co może mu się przytrafić, to więzienie. Nigdy nie przypuszczałam, że go zabiją”. Po raz ostatni widziała męża 30 maja 2003 r. Staszek wyjeżdżał z kolegą Jerzym Ornowskim do Piły, w interesach. Zapowiedział, że wróci wieczorem. Zadzwonił do niej z drogi, ale nie odebrała telefonu. Oddzwoniła po kilku godzinach, pod wieczór. „Tak tylko dzwoniłem. U mnie wszystko w porządku” – zapewniał.

Przeczucie tknęło ją następnego dnia, kiedy telefon męża – jak nigdy dotąd – był wyłączony. Lucyna zadzwoniła do żony właściciela firmy transportowej, z którym Staszek wyjechał w interesach. „Henia szalała z niepokoju. Rozmawiała z mężem poprzedniego dnia. Jurek mówił, że są na Mazurach, u jakiegoś Jana i że »coś idzie nie tak«. Od tamtej pory jego telefon też milczał” – opowiada Lucyna. Kobiety dowiedziały się, że Jan R., do którego pojechali ich mężowie, to lokalny działacz samorządowy z Kisielic koło Iławy, od lat przykuty do wózka inwalidzkiego (z racji kalectwa nazywany Kulawym). Zdobyły jego telefon i adres. Wsiadły do samochodu Lucyny, zatankowały do pełna i tak jak stały wyruszyły na Mazury. Do Kisielic dotarły w środku nocy. Wykręciły numer Jana R. „Teraz nie mogę was przyjąć, jestem po imprezie rodzinnej. Czekajcie do dziesiątej” – Kulawy był wyraźnie zaspany.

Zjawiły się godzinę wcześniej. Jan R. nie grzeszył uprzejmością. Kiedy posypały się pytania o mężów, wyprosił je z domu, kazał iść na policję. Żona Kulawego spuściła ze smyczy dwa potężne psy. Lucyna i Henia uciekały w popłochu. Przed bramą minęły się z groźnie wyglądającymi mężczyznami. „Oni przyjechali was zabić. Gdybyście zjawiły się u Kulawego o umówionej porze – śladu by po was nie było” – usłyszały po wielu miesiącach od policjanta z Centralnego Biura Śledczego w Olsztynie.

W poszukiwaniach Staszka i Jurka były zdane na siebie. „Nikt nie traktował nas poważnie, lokalni policjanci sugerowali, że nasi mężowie wyjechali do ciepłych krajów, aby zacząć nowe życie. Byłyśmy bezradne i upokorzone” – wspomina żona Jerzego Ornowskiego.

Przełom nastąpił po trzech tygodniach. Kobiety rozwieszały na Mazurach ogłoszenia, obiecując nagrodę za informacje o zaginionych. Na stacji benzynowej w Malborku ich synowie zauważyli samochód z charakterystycznymi felgami z audi, którym podróżowali zaginieni. Policja dotarła do warsztatu samochodowego, w którym felgi zostały zakupione. Właściciel warsztatu przyznał, że pochodziły z samochodu, który miał zostać zniszczony i zatopiony w Wiśle. Mechaników, którzy wykonali polecenie, skusiły felgi i drogie reflektory, dlatego sprawa się wydała. Śledztwo przejęło CBŚ z Olsztyna. Policjanci ustalili, że polecenie, aby audi „zniknęło z powierzchni ziemi”, wydał Jan R. z Kisielic. „Kiedy policja wyłowiła spalony wrak samochodu, obie wiedziałyśmy, że nasi mężowie nie żyją” – mówi Lucyna Biej.

Antyterroryści przeszukali dom Kulawego, znaleźli broń, amunicję i skład materiałów wybuchowych. Śledztwo wykazało, że inwalida na wózku stworzył organizację przestępczą wzorowaną na sycylijskiej mafii. Jego żołnierze ślubowali mu posłuszeństwo, całowali w rękę, ślepo wykonywali polecenia. W opinii oficerów CBŚ to Jan R., a nie żaden z legendarnych bossów „Pruszkowa”, zasłużył na miano polskiego capo di tutti capi.

We wrześniu 2006 r., w sądzie w Elblągu rozpoczął się jego proces, który powoli zmierza ku końcowi. Najcięższym zarzutem postawionym Kulawemu jest podwójne zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem. Ofiarami mazurskiego bossa stali się właśnie mężowie Lucyny i Heni. Ciał mężów wciąż nie odnaleziono. „Jan mawiał, że on wie, jak sprzątnąć człowieka, żeby nie było śladów” – mówił o Kulawym jeden ze skruszonych członków gangu. „Chwalił się, że ma takie dobre miejsca w bunkrach, pod dębami, do których nikt nie dojdzie”. O zamordowanych przemytnikach ze Szczecina wiadomo tylko tyle, że zanim umarli, wiertarkami przewiercono im oczy i kolana.

To właśnie poszukujące mężów kobiety naprowadziły CBŚ na trop liczącej ok. 80 osób organizacji przestępczej Kulawego. W procesie toczącym się przed sądem w Elblągu Lucyna Biej i Henryka Ornowska są oskarżycielkami posiłkowymi, patrzą mordercom prosto w oczy. „To najtrudniejsza rzecz na świecie” – mówi Lucyna. „Dopiero śledztwo uświadomiło mi, z jakimi ludźmi mój mąż robił interesy. Tamtego dnia pojechał z Jurkiem po 95 tysięcy euro, które Kulawy był im winien za przemycony towar. Nie mogę sobie wybaczyć, że przez lata małżeństwa stałam z boku, o nic nie pytając. Gdybym straszyła policją i groziła odejściem, może Staszek i Jurek wciąż by żyli”.

Ewa Ornacka
https://www.googl...ojAoJ3B7Fg






art. z 2011-10-31
https://www.googl...o5zf0kuUaA

Dożywocie dla szefa gangu, który zlecił zabójstwo dwóch biznesmenów ze Szczecina.
Ciał nigdy nie odnaleziono. Jedna z hipotez zakładała, że zostali zmieleni.

Wyrok zapadł przed Sądem Okręgowym w Elblągu.

Jan R., ps. "Kulawy", nigdy nie przyznał się do winy. Razem z nim sąd skazał 15 członków gangu, w tym bezpośrednich wykonawców zabójstwa. Marcina K. ps. "Kacper", Radosława H. ps. "Amigos" i Marcina G. ps. "Grzywek". Dostali po 15 lat więzienia.

Według prokuratury to był jeden z najgroźniejszych gangów w Polsce. Jego ofiarami padli szczecińscy biznesmeni: Jerzy Ornowski i Stanisław Biej.

Do dziś nie wyjaśniono w jakich okolicznościach zginęli. Ciał nie odnaleziono. Proces był poszlakowy. Biznesmeni zaginęli pod koniec maja 2003 r. Tego dnia wyjechali ze Szczecina do Piły. "Kulawy" był im winien kilkadziesiąt tysięcy euro (szacunki mówią, że od 50 do 95 tys. euro). Pieniądze pochodziły z handlu papierosami. 30 maja o godz. 17.45 Ornowski zadzwonił do żony. Powiedział, że nie są w Pile, a w Kisielicach na Mazurach, w posiadłości "Kulawego".

- Zabójstwo biznesmenów zostało dokonane ze szczególnym okrucieństwem. Ofiary były przed śmiercią torturowane, z użyciem wiertarek włącznie. Mord został dokładnie zaplanowany - mówił pięć lat temu prok. Sławomir Luks. ówczesny szef białostockiej prokuratury apelacyjnej. prokurator.

Proces "Kulawego" był jednym z najdłuższych i najdroższych. Zaczął się w 2006 r. Na wniosek oskarżonego sąd musiał odczytać wszystkie 248 akt. Zajęło mu to półtorej roku.

Na każdą rozprawę, "Kulawy" był przywożony na łóżku. Jest sparaliżowany po wypadku samochodowym. Zdaniem lekarzy mógł uczestniczyć w rozprawach tylko cztery godziny dziennie. W trakcie posiedzeń zasypiał, a nawet chrapał. Poniedziałkowy wyrok przyjął ze spokojem.

Gang "Kulawego" odpowiadał łącznie za 104 przestępstwa. Oprócz zabójstwa biznesmenów, prokuratura zarzuciła mu handel narkotykami, brutalne pobicia, przemyt papierosów. W gangu była też żona "Kulawego".

Wyrok nie jest prawomocny.



art. z 26.10.2011r
https://www.googl...IWkln7NxWw

W poniedziałek 31 października Sąd Okręgowy w Elblągu (woj. warmińsko-mazurskie) prawdopodobnie ogłosi wyrok w procesie gangu "Kulawego". Postępowanie ciągnie się aż od 2006 roku. Sama mowa głównego oskarżonego trwała ponad miesiąc. A miał z czego się spowiadać, bo ciążą na nim zarzuty zabójstwa, handlu narkotykami, czy przemytu na ogromną skalę. Ponadto ciągle utrzymywał, że jest niewinny. Gdy z kolei przemawiali prokuratorzy, niepełnosprawny Jan R. spał, a nawet chrapał! Czy pewny siebie gangster dostanie dożywocie?

komentuj

50 tysięcy stron, czyli 250 tomów akt, które zostały zebrane w ciągu pięciu lat procesu. Półtora roku spędzone na samym odsłuchiwaniu zarzutów. Prawie 2 miliony złotych kosztów, z których większość, to pieniądze przeznaczone na obronę oskarżonych, prowadzoną z urzędu oraz opiekę lekarską, sprawowaną nad niepełnosprawnym przestępcą. Długie dnie na sali rozpraw. Setki świadków, dziesiątki ekspertyz, wielogodzinne przesłuchania - tak przedstawia się bilans dobiegającego końca procesu, w którym głównym oskarżonym jest Jan R. i 14 członków jego gangsterskiej świty.

Na samym "Kulawym" ciąży aż 30 zarzutów. Najcięższe z nich dotyczą zabójstwa dwóch biznesmenów ze Szczecina. To przy okazji ich zniknięcia wyszła na jaw działalność gangu. Ślad o przedsiębiorcach zaginął 30 maja 2003 roku. Wtedy to Jerzy Ornowski i Stanisław Biej wyjechali z domu do Piły. Podróżowali granatowym audi A6. Koło południa Ornatowski zadzwonił do swojej żony i poinformował ją, że nie jest w Pile, a w Kisielicach na Mazurach. Z niepokojem mówił, iż interesy nie idą po jego myśli i że oddzwoni, jak tylko będzie mógł. Jego telefon jednak już nigdy nie zadziałał. Komórka kolegi również milczała, a ślad po przedsiębiorcach zaginął.

Kilka dni później zaniepokojone żony biznesmenów zgłosiły się na policję. Na własną rękę prowadziły również prywatne śledztwo. Znajomy Ornatowskiego i Bieji poinformował je, że mężowie udali się do Jana R., gdyż był im winien 50 tysięcy złotych. Kobiety, w asyście swoich synów, pojechały na spotkanie ze znajomym męża, by dowiedzieć się, co wydarzyło się feralnego dnia. Czekały kilka godzin, aż ten zechce porozmawiać. W końcu wyszedł do nich mężczyzna w średnim wieku, który poruszał się na wózku. To był on. "Kulawy", bo tak od czasu wypadku samochodowego, w którym gangster został ciężko ranny jest nazywany, nie powiedział im nic konkretnego. Wypierał się, że widział obu mężczyzn. Zawiedzione kobiety wróciły do domu z niczym. Nie były świadome, że właśnie spotkały się z jednym z najniebezpieczniejszych polskich gangsterów...

Audi zatopione w Wiśle

Przez kolejne miesiące rodzina próbowała odnaleźć zaginionych bliskich. Głośna akcja poszukiwawcza, setki rozwieszonych plakatów, dramatyczny apel córki Ornowskiego, Gabrysi w mediach, zatrudnienie detektywa Rutkowskiego na niewiele się zdały. Cięgle nie było wieści ani o samach zaginionych, ani o miejscu ewentualnego spoczynku ich ciał. Przełom nastąpił, gdy syn jednego z biznesmenów na stacji benzynowej w Malborku zobaczył samochód, który miał takie same felgi, jak audi ojca. Od razu o tym fakcie powiadomił policję.

Właścicielka samochodu wskazała warsztat, w którym zamontowała części. Przesłuchanie pracowników zakładu dało punkt zaczepienia. Potwierdziło się, że części pochodzą z granatowego audi, które miało być pocięte i zatopione w Wiśle. Nim mechanicy je zniszczyli, wymontowali z niego kilka drobiazgów, na których chcieli dorobić. Wskazali też osobę, która zleciła zniszczenie auta. Był nią nikt inny, jak podejrzewany przez rodzinę Jan R.

"Kulawy" i chłopcy z Elbląga

Policja rozpoczęła akcję. O świcie kryminalni wtargnęli do domu "Kulawego". Przeszukali posesję, zrobili badania DNA, przeczesali pobliskie jeziora i stawy. Nigdzie nie znaleźli najdrobniejszych śladów zaginionych mężczyzn. 19 listopada 2003 roku "Kulawy" trafił jednak do aresztu.

Żony biznesmenów ze Szczecina nie miały pojęcia, że naprowadziły policję na jedną z najniebezpieczniejszych grup przestępczych w Polsce. Mundurowi szybko zdali sobie sprawę, że mają do czynienia z wyjątkowo potężnym gangiem. Ówczesny zastępca komendanta głównego gen. Adam Rapacki powołał więc specjalną grupę zadaniową, która miała jeden cel: rozbić grupę "Kulawego".

Utytułowany zawodnik boksu amatorskiego wraz z pięcioma...
Funkcjonariusze ustalili, że Jan R. od co najmniej 1998 roku wspólnie z żoną Elżbietą zajmował się przywództwem uzbrojonej po zęby organizacji, która skupiała nawet kilkadziesiąt osób. Rok później, podczas ponownego przeszukania mieszkania "Kulawego" detektywi znaleźli siedem kilo materiałów wybuchowych, bomby z zapalnikami, pistolety i amunicję.

5 października 2004 roku do aresztu dołączyła 47-letnia żona gangstera. Dopiero po zamknięciu kobiety, świadkowie zaczęli zeznawać. Wcześniej bali się, że prawa ręka "Kulawego" może się na nich mścić za męża. Postawiono wtedy zarzuty 33 osobom za udział w zorganizowanej grupie przestępczej. Głównie mieszkańcom Elbląga, którzy byli wielokrotnie karani za obrót narkotykami, przemyty i wymuszenia.

Jak się okazało, oskarżeni bandyci byli bardzo niebezpieczni. Podczas ich zatrzymania przejęto całe arsenały broni. Ukryte były w schowkach, za podwójnymi ściankami pokoi, podwieszanych sufitach, a nawet w psiej budzie. Poręczenia majątkowe sięgnęły kwoty 158.300 złotych, a zabezpieczenia majątkowe 1.218.650 złotych. W toku śledztwa ustalono, że banda trzęsła całą północną Polską, ale miała również swoje wpływy w Niemczech, Holandii, Danii, Szwecji i Norwegii.

Na leżąco przed sądem

Proces "Kulawego" i jego ludzi rozpoczął się w 2006 roku. Z uwagi na brutalność gangu, toczył się przy zachowaniu nadzwyczajnych środków bezpieczeństwa. Oprócz Jana R. na ławie oskarżonych zasiadło 14 członków jego gangu, w tym także jego żona, brat oraz syn. Główny oskarżony, z uwagi na swoje inwalidztwo, uczestniczył w procesie w pozycji leżącej.

Jego kalectwo nie wzbudziło jednak większego współczucia. Jak udowodnił wiele razy, gangster świetnie radził sobie ze swoją niepełnosprawnością na wolności. Będąc na wózku kierował gangiem, wyłudzał haracze, porywał ludzi, ale także podróżował po Europie, czy też - jak zeznali świadkowie - bez skrupułów zdradzał żonę.

"Kulawy" rozpoczął przestępczą karierę od fikcyjnych kolizji aut w celu wyłudzenia odszkodowań od ubezpieczyciela. Już wtedy zbierała się przy nim grupka popleczników. Później razem oszukiwali ubezpieczycieli na "skradzione auto" i sfingowane pożary kombajnów członków rodzin. Potem grupa rozkręciła się na dobre. Zajęli się obrotem ogromnych ilości alkoholu, papierosów i narkotyków, w tym trzech przemytów 100 tys. pigułek gwałtu. Do tego doszły wymuszenia, pobicia i najcięższy z zarzutów, podejrzenie zabójstwa dwóch osób.

Tortury przedsiębiorców

W trakcie procesu zaczęły wychodzić na jaw okoliczności brutalnego morderstwa, o które został oskarżony "Kulawy". Okazało się, że przedsiębiorcy ze Szczecina, którzy oprócz legalnego biznesu, zajmowali się także przemytem papierosów do Niemiec, zostali zwabieni do domu "Kulawego". Gangster chciał ich wyeliminować, bo był przekonany, że go oszukują. Obydwaj mieli być torturowani w jego piwnicy - m.in. przewiercano im wiertłami kolana, a po śmierci zostali wrzuceni do dołu i zasypani wapnem. Wnikliwe poszukiwania nigdy nie przyniosły jednak skutku - ciał do tej pory nie odnaleziono. Proces ma więc charakter poszlakowy.

Za te zbrodnie dokonane ze szczególnym okrucieństwem prokurator dla głównego oskarżonego Jana R. i trzech jego ludzi: Marcina K., Radosława H. i Marcina G. zażądał kary dożywotniego pozbawienia wolności. By umocnić sąd w przekonaniu słuszności kary, wielokrotnie na sali rozpraw podkreślano bezwzględność i brutalność "Kulawego", jeśli chodzi o osiąganie zamierzonych celów, w tym przede wszystkim finansowych. Gangster nie znosił sprzeciwu, a niepokornych brutalnie krzywdził.

- Jeśli ktokolwiek próbował go oszukać albo wystąpić z grupy, "Kulawy" przy pomocy swoich ludzi karał niepokornego, bijąc kijami bejsbolowymi czy metalowymi rurkami - relacjonował prokurator. Takie kary nie omijały również członków rodziny Jana R. Właśnie na polecenie "Kulawego" za niesubordynację wywieziono do lasu jego siostrzeńca, tam pobito i straszono zastrzeleniem. Pobity został także syn lekarza, który leczył "Kulawego" z jego dolegliwości.

Najdłuższy proces

Rozprawy sądowe trwają już pięć lat. "Kulawy" dowożony jest z aresztu na łóżku szpitalnym, gdyż jak twierdzi, jego stan zdrowia znacznie się pogorszył. Na sali opiekują się nim dwaj ratownicy medyczni. Bandyta nie ma za grosz poczucia winy czy skruchy. Przed obliczem Temidy jest roszczeniowy i chamski. Nachalnie zgłasza swoje uwagi, co do przebiegu procesu i obraża prokuratora, świadków oraz sąd. To on jest winny tego, że jest to jedno z najdłuższych postępowań tego typu!

"Kulawy" zażyczył sobie odczytania całych akt sprawy, co zajęło w sumie półtora roku. Równie czasochłonna okazała się mowa Jana R., która zdecydowanie pobiła już rekord najdłuższej przemowy oskarżonego wygłoszonej przed polskim sądem. Wczoraj padły ostatnie słowa. Przez cztery rozprawy "Kulawy" przekonywał o swojej niewinności.

W sierpniu podczas wystąpienia końcowego prokurator zażądał dla czterech oskarżonych, w tym Jana R., kar dożywotniego więzienia za dokonanie zabójstw dwóch mężczyzn. Dla pozostałych - od 1,5 roku do 15 lat za kratkami. Kary 15 lat pozbawienia wolności oskarżyciel domaga się dla żony "Kulawego" - Elżbiety R.

31 października Sąd Okręgowy w Elblągu ogłosi wyrok ws. gangu Jana R. Pozostanie jednak pytanie, czy kiedyś dowiemy się prawdy, o tym, co stało się z mężczyznami ze Szczecina...

Magda Serafin, NaSygnale.pl
Edytowane przez kaktus dnia 10-03-2016 09:37
"Jestem bardzo cierpliwa pod warunkiem, że wyjdzie na moje"
 
Przejdź do forum:
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie masz jeszcze konta?
Zarejestruj się

Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Wygenerowano w sekund: 0.11 - 23 zapytań MySQL 6,159,910 unikalnych wizyt